– Zamykajcie te drzwi! – krzyknęła Moira.
Astrid strzepnęła śnieg z rękawa.
– Sypie… Dotarliśmy tu w ostatniej chwili. Gdyby ta śnieżyca złapała nas w drodze… wolę nie myśleć.
– Co tak pachnie? – w drzwiach pojawił się Etril.
– Vessa rozpakowała juki i znalazła jeszcze coś, z czego można zrobić… no nie wiem – Moira lekko się zawahała – zupę?
Spojrzeli w stronę ogromnego kominka, w którym stał kociołek z apetycznie pachnącą zawartością.
– A jak wizja lokalna? – spytała Moira.
– Stajnie w porządku – kiwnął głową Etril. – Nawet jakieś resztki siana zostały. Nie wiem jakim cudem… W opuszczonym budynku po prawej, tam chyba był punkt pocztowy, jakieś skrzynie stoją, ale zajmiemy się nimi za dnia.
– Z tyłu jest kuchnia – dorzuciła kobieta stojąca przy kominku. – I zapas drewna chyba na całą zimę. Komin zatkany, dlatego gotuję tutaj. Zadymił wszystko. Pomóżcie mi jutro tam posprzątać, to zrobimy łaźnię… Wszystkim się przyda kąpiel, że nie wspomnę o naszych ubraniach.
– Ja tam nie narzekam – burknął chłopak wchodzący przez boczne drzwi z naręczem drewna.
– No jak się zdziwiłam – kobieta wzniosła oczy do sufitu. – Przynieście tu koce. Jak się ta izba ogrzeje, to spanie nawet na takich legowiskach wyda nam się luksusem. Ale jutro czeka nas wielkie pranie. I kąpiel.
– Bert, nie mamrocz do matki – skarciła młodego Moira. Pomóż chłopakom rozpakować się i niech wszyscy tu prędko przychodzą. Wygląda mi na śnieżną burzę – dodała zerkając przez brudne okno.





– Wcale mi się tu nie podoba – burknęła omotana czarną peleryną dziewczyna.
– O, księżniczka znowu marudzi – jeden z żołnierzy skrzywił się patrząc na nią z góry.
– Dajcie spokój – ucięła ich rozmowę Moira. – To jest teraz nasz dom. A ty ciesz się, że w ogóle tu jesteś – dodała do nadąsanej dziewczyny. Gdyby cię Vessa nie zabrała do mnie po te zioła, leżałabyś teraz z resztą, w kurhanie. Vesso – zwróciła się do kobiety, która teraz przysiadła koło dziewczynki otulonej kocami. – Jak twoja córka?
– Nie jest dobrze – ponuro odpowiedziała Vessa. – Gdyby nie te zioła, które zdążyłaś jej podać, nie wiem, czy w ogóle by tu dotarła – dodała i przyłożyła rękę do czoła dziewczyny. Gorączka. Nadal.
Astrid piła gorący napar bez słowa. Ta garstka ludzi, to wszystko, co zostało z jej klanu. Wiedźma. Karczmarka z dwójką dzieci. Córka młynarza i smarkacz, który miał szczęście tego dnia wybrać się do lasu. I czterech wojaków, którzy wracali z nią z Kopalni. No i jeszcze nadąsana Valeria… Z tą dziewczyną można oszaleć…




Powoli urządzali się w Starej Tawernie. Zima szalała za oknami, ale ściany trzymały ciepło od rozpalonego kominka. Niego gorzej było na piętrze, bo dach przeciekał w paru miejscach, dlatego wszyscy siedzieli na dole, w głównej izbie. Rekonesans po okolicznych domach nie przyniósł zbyt wiele. Mogli jedynie zużywać na opał resztki dawnych mebli. Kończyło się jedzenie. Jedyną ich nadzieją był Kapitan. I ryby.
– Pani! – blondyn o błyszczącej skórze wpadł z rozmachem do sali, nie bacząc na to, że wpuszcza do środka zimno. – Znalazłem Sokoła! Był wycieńczony! Musiał trafić w środek tej koszmarnej śnieżycy!
Astrid poderwała się z miejsca, ale zamiast rzucić się do przyczepionego do ptaka listu, w pierwszej kolejności zajęła się posłańcem.
– Moira! Wołajcie ją! Natychmiast!
Sokół był nie tylko jej posłańcem. Był jej ulubieńcem. Wychowała go od pisklęcia. Trenowała miesiącami pod bacznym okiem swojego ojca. Nie zniosłaby kolejnej straty. Dopiero gdy miała pewność, że ptakowi nic nie grozi, sięgnęła po zwój.
– Są w drodze. Kapitan i… o, proszę proszę… stary Dagor ruszył tyłek… – uśmiechnęła się w czułością. Lubiła tego zrzędę. Wiedziała, że nie zostawi jej w potrzebie.
– No co tam chłopaki – usłyszała głos Moiry. – Już odpoczynek? Pomóżcie z tym kominem w kuchni, bo inaczej już zawsze będziemy zasypiać w aromacie wodorostów.
– Ja tam bym nie narzekał… – zaczął jeden z „chłopaków”, ale widząc groźne spojrzenie Wiedźmy, posłusznie zniknął za drzwiami do kuchni.




Odkryj więcej z Wiedźmiświat
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
