– Myślałem, żeś chory – rzucił kpiąco Eryk do pozieleniałego na twarzy Arandagora.
– Dobrze myślałeś – Arandagor ledwo trzymał się na nogach. – Spróbuj mnie pobić w stepie, ale na statku… – ciężko westchnął i złapał się jakiegoś wystającego wichajstra, żeby nie stracić równowagi.
Tak, Postrach Stepów, jeden z nieustraszonych i niepokonanych Wodzów na Wielkich Wyżynach, cierpiał na ciężką chorobę morską. Gdyby nie zima i nieprzejezdne o tej porze szlaki, podążyłby do Starej Tawerny lądem. Nie mógł jednak czekać, bo naprędce skreślona przez Astrid wiadomość przeraziła go śmiertelnie. Dlatego zapakował się wraz z ludźmi na statek Eryka i od kilku dni cierpiał katusze.



Odetchnął z ulgą, kiedy na horyzoncie ujrzał wejście do portu. Musiał jeszcze wytrzymać wąski przesmyk prowadzący do jeziora, ale widząc po obu stronach stały ląd czuł, że wracają mu siły.
– O, widzę, że pan w gotowości! – zaśmiał się ktoś nad jego głową.
– Bardzo zabawne – mruknął. – Ja cię może kiedyś przegonię po Wyżynach, co? I zobaczymy, jak ci pójdzie.
– Nie ma mowy – parsknął Eryk. – Ja jestem Syn Syreny – zaśmiał się głośno. – Na ląd schodzę jedynie w portach. I to nie na zbyt długo.
Wpatrywali się w zbliżające się z każdą chwilą pozostałości portu. Kiedyś tu, nad jeziorem u zbiegu granic, tętniło życie. Teraz mieli wrażenie, że wpływają do grobowca.
– Nie, no nie jest tak źle… – bez przekonania rzucił Arandagor.
– Jest, jest – Eryk nie miał złudzeń. – Mam tylko nadzieję, że zaraza, która wymiotła stąd ludzi, sama też się wymiotła.
– Po dwudziestu latach? Dajże spokój! Myślę, że powinniśmy znowu założyć tu posterunek – zafrasował się Arandagor.
– Po co? Przecież mało kto teraz chodzi tym szlakiem. Odkąd ludzie zaczęli ginąć bez śladu w Kinslenaarze, wszyscy wsiadają na statki. Leśni też bez pytania wycinają intruzów. Martwa strefa, panie komendancie.
Aradagor nie dawał na wygraną.
– Ale nie powinno tak być. Pamiętasz czasy, kiedy to był szlak handlowy?
– Pamiętam. Ale wątpię, żeby wróciły.
Tymczasem statek zbliżył się do starego portu. Z nabrzeża śledził ich czujny wzrok wartownika, który teraz zniknął.
– Mam nadzieję, że nikt tu nas nie poczęstuje zatrutą strzałą – mruknął Arandagor schodząc na ląd.
Kapitan rozejrzał się bacznie, ale nie dostrzegł nikogo. W dali widać było jedynie dym z komina.
– Jeśli to była czujka Astrid, to nie. Proponuję zaczekać na resztę komitetu powitalnego, zanim zaczniemy wyładunek.




Odkryj więcej z Wiedźmiświat
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
